niedziela, 27 stycznia 2013

A co ze słodyczami?

Uwielbiam słodycze, niezależnie od tego, czy są to lody, czekoladki, ciasteczka. Słodkości są cudowne! No, może oprócz malagi i czekolady miętowej - tego nie zjadłabym nawet w największym akcie desperacji. Co ma zrobić łasuch, który pragnie się odchudzić, a jednocześnie kocha ciasteczka i nie potrafi zrezygnować z zajadania się nimi? Cóż, uzależnienie od słodyczy jest ciężkie do zwalczenia. Powiedziałabym nawet, że każdy, kto kocha cudowny smak deserów zawsze będzie miał w sobie tęsknotę za pysznymi, pustymi kaloriami. Nie jestem ekspertem, nigdy nie udało mi się wytrwać bez słodyczy dłużej, niż rok. Dlaczego tak się działo? To efekt rutyny. Zanim jednak zgłębię jej temat, to opowiem jak wygląda moja walka z ochotą na cukier.

Pierwsze trzy dni odwyku od łakoci to dla mnie koszmar. Mam ochotę chodzić po ścianach, eliminuję z domu wszelkie zagrożenia w postaci czekolad, ciastek, batoników etc., nawet dżemy chowam głęboko w piwnicy, bo pociągają mnie niesamowicie, kiedy mój mózg domaga się cukru. Po trzech dniach następuje u mnie etap przyzwyczajenia się. Nie ciągnie mnie już do słodkości, potrafię przejść obok nich obojętnie. Cudownie, prawda? Tylko trzy dni tortury, a potem błogi spokój - pozorny. Jeżeli teraz sięgnęłabym po słodki smakołyk, to poruszyłabym lawinę. Po pierwszym batoniku przyszedłby cukierek (bo co to za różnica, jeżeli do 300kcal dodam 50), po cukierku byłaby kawa z cukrem, a potem ciasto (bo przecież skoro mam okazję wypić pyszną kawę, to trzeba uhonorować ją deserem). Na drugi dzień odczuwałabym tak niesamowitą potrzebę zjedzenia czegoś słodkiego, że na 80% sięgnęłabym po łakocie. Dlaczego 80%? Bo udało mi się skosztować pączka zrobionego przez moją babcię i nie sięgnąć na drugi dzień po słodycze. Nie było to dla mnie łatwe. Odczuwałam potem tak silną potrzebę wchłonięcia cukru, że wiem już, iż nie mogę sobie pozwalać nawet na najmniejsze uchybienia w diecie. 

Wspominałam wcześniej o rutynie. Dlaczego wywołuje u mnie niechęć? Przyzwyczajenie zabija w nas czujność, uważamy, że skoro wygraliśmy bitwę ze smakołykami, to jesteśmy też zwycięzcami wojny. Nic bardziej mylnego. Kiedy dopuścimy do siebie cukierka (nawet po roku ograniczania się), potem przyjdzie ochota na kolejny, pula kalorii będzie stopniowo wzrastać, nasze komórki tłuszczowe ucieszą się z dostarczania im pożywienia do rośnięcia i zanim się spostrzeżemy, dopadnie nas efekt jojo. Spodnie staną się za ciasne, buzia będzie wyglądała inaczej, na bokach pojawią się wałeczki, ciało stanie się miękkie i poduszeczkowate... Krótko mówiąc - wszystko pójdzie w diabły. Oczywiste jest to, że nie da się absolutnie odseparować od smakołyków, trzeba jednak pamiętać o umiarze i o tym, do czego niewinna czekoladka potrafi doprowadzić pięknego człowieka - bo przecież w każdym z nas tkwi uroda, czasem trzeba po prostu zrzucić z siebie płaszcz z tłuszczu, by ją dostrzec. Tyle na dzisiaj, pozdrawiam! 


Zdjęcie pochodzi ze strony:
http://speedbumpkitchen.com/
Muszę przyznać, że deser wygląda wspaniale ;) 

sobota, 26 stycznia 2013

Co jem?

Codziennie obżeram się 4-5 posiłkami. Na razie nie są zbyt zróżnicowane, bo po upływie 11 dni od mojej zmiany nawyków żywieniowych nie dopadła mnie rutyna. Specjalnie staram się nie nadużywać słowa dieta. Kojarzy się ona z postem, a przecież nie o to w odchudzaniu chodzi. Jak wygląda mój przykładowy jadłospis? Tak:

Śniadanie - 100g chleba, 50g białka (drobiowa wędlina, albo zrobiona przeze mnie pieczeń, serek homo, serek z granulkami, 1 jajko) do tego dowolne warzywa. 
II śniadanie - sałatka z 50g kaszy, 50g kurczaka i dowolnych warzyw, polana tzatziki na bazie jogurtu.
Obiad - 200g ziemniaków (wymienne na 50g makaronu, ryżu, kaszy [w postaci suchej]), 130g mięsa (waga przed obróbką termiczną), dowolne dodatki warzywne.
Kolacja - 100g chleba, 50g białka. Oczywiście można zrobić sobie omleta, jajecznicę i inne cuda z jajek, jednakże ja nie przepadam za tymi potrawami, stąd ich brak w mojej diecie.
Jeżeli idę spać o 2 - 3 w nocy (co bardzo często mi się zdarza), a kolację zjadłam około godziny 18, to muszę zjeść jeszcze jeden posiłek składający się ze 100g chleba (albo 50g ryżu, makaronu, czy kaszy) oraz 50g białka. 
Nie mogę zjeść dziennie więcej, niż 200g owoców. 
W ciągu dnia powinnam użyć 4 łyżeczki oliwy lub oleju do potraw.
Wolno mi zjeść 300g produktów mlecznych (do 60kcal na 100g).
Nie mogę stosować cukru, jeść orzechów, suszonych owoców, tłustego mięsa, masła i margaryny.

Z góry uprzedzam, iż nie jest to zachęta do stosowania identycznej diety. Mój sposób żywienia układał dietetyk, porcje są dopasowane do mojej wagi, wieku, stanu zdrowia. Coś, co służy mnie, może negatywnie oddziaływać na kogoś innego. Myślę, że każdy, kto chce w rozsądny sposób pozbyć się zbędnych kilogramów, powinien zasięgnąć rady specjalisty. Niestety mam słabą wolę, dlatego comiesięczna wizyta u dietetyka to dobra zachęta do tego bym się nie poddawała i walczyła o coraz lepsze rezultaty. 

Jedząc zdrowo nie czuję się głodna. Już po krótkim okresie czasu odczułam, że poprawił się wygląd mojej cery, nie mam kłopotów z zaparciami, ubrania się trochę "poluzowały". Ciekawa jestem jakie będą efekty w czasie wizyty kontrolnej. Ostatnio, kiedy wróciłam zmęczona do domu, byłam tak głodna, że miałam ochotę zjeść wszystko co wpadnie mi w ręce. Pomocny okazał się ocet jabłkowy. Do połowy szklanki wody, wlałam sobie jedną łyżeczkę octu. Efekt rewelacyjny, wilczy głód przeszedł a ja mogłam spokojnie doczekać do obiadu. Nie polecam częstego spożywania octu i przestrzegam przed piciem innego, niż jabłkowy, ale muszę przyznać, że w awaryjnych sytuacjach, działa on cuda. Poniżej przedstawiam zdjęcie mojego obiadu - nie popisałam się fantazją kulinarną. To zwyczajny kurczak w ziołach z pieczonymi ziemniaczkami. Chciałam jednak przedstawić na zdjęciu wielkość porcji. Myślę, że zadowoliłaby ona przeciętnego łasucha. Pozdrawiam!

czwartek, 24 stycznia 2013

A dlaczego? A po co? A jak?

Smakowite ciasteczka, rozpływająca się w ustach czekolado, zmrożona porcjo lodów okraszona cudowną bitą śmietaną… Żegnajcie.
Hm, czytając powyższe zdanie, sama się sobie dziwię, że chcę na własne życzenie pozbawić się rozkoszy dnia codziennego. W końcu cóż może być lepszego od kawy z cukrem i śmietanką z dodatkiem pachnącego, rozkosznego deseru? Analizując głębiej ten temat, myślę, że opozycją dla słodyczy może być lekkość, uroda, brak uporczywego zmęczenia, nieograniczone zakupy (ooooj, taaaak!) etc. etc. Okey, skoro ograniczenie cukru i tłuszczu przynosi tyle korzyści, to dlaczego wcześniej tego nie zrobiłam? Odpowiedź jest prosta jak pochłonięcie muffinki  – z głupoty. Fakt, udało mi się kiedyś zrzucić porządną dawkę ponad 20kg. Było fajnie, baa cudownie! Niestety wrodzona skłonność do tycia, uwielbienie do smakołyków i przede wszystkim moja głupota spowodowały to, iż przybrałam znacznie większą ilość nadbagażu, niż schudłam. Nie stało się to nagle, tyłek rósł latami. Pewnie gdyby miał wolną wolę, to odciąłby się od niemądrej właścicielki. Niestety los chciał, że musi on ponosić konsekwencje moich decyzji. Ponieważ zostały mi śladowe ilości moralności, to postanowiłam, że odciążę trochę skrzywdzone przeze mnie ciało i popracuję nad zmianą swojego życia. Z doświadczenia wiem, że dieta nie może być chwilowym procesem, o którym zapomni się po osiągnięciu upragnionego efektu. Jest to nowy styl życia, który należy polubić i docenić. Oczywiście można kochać swoje wielorybie kształty, cieszyć się z zadyszki, uśmiechać do namiotowatych ubrań – każdy lubi to co lubi (zakłady pogrzebowe też lubią krótko żyjących, otyłych klientów). Niestety ja nie lubię swojego obecnego życia i muszę sprawić, by zaczęło mi się ono na nowo podobać. Tyle na początek, oby moja głupota znowu nie była górą! 

PS. Czekam na odzew mojej uroczej przyjaciółki, która również pragnie pozbyć się zbędnych kilogramów ze swojego ciałka. Liczę na to, że przyłączy się zarówno do diety, jak i do kreowania bloga.
Pozdrawiam!