Uwielbiam słodycze, niezależnie od tego, czy są to lody, czekoladki, ciasteczka. Słodkości są cudowne! No, może oprócz malagi i czekolady miętowej - tego nie zjadłabym nawet w największym akcie desperacji. Co ma zrobić łasuch, który pragnie się odchudzić, a jednocześnie kocha ciasteczka i nie potrafi zrezygnować z zajadania się nimi? Cóż, uzależnienie od słodyczy jest ciężkie do zwalczenia. Powiedziałabym nawet, że każdy, kto kocha cudowny smak deserów zawsze będzie miał w sobie tęsknotę za pysznymi, pustymi kaloriami. Nie jestem ekspertem, nigdy nie udało mi się wytrwać bez słodyczy dłużej, niż rok. Dlaczego tak się działo? To efekt rutyny. Zanim jednak zgłębię jej temat, to opowiem jak wygląda moja walka z ochotą na cukier.
Pierwsze trzy dni odwyku od łakoci to dla mnie koszmar. Mam ochotę chodzić po ścianach, eliminuję z domu wszelkie zagrożenia w postaci czekolad, ciastek, batoników etc., nawet dżemy chowam głęboko w piwnicy, bo pociągają mnie niesamowicie, kiedy mój mózg domaga się cukru. Po trzech dniach następuje u mnie etap przyzwyczajenia się. Nie ciągnie mnie już do słodkości, potrafię przejść obok nich obojętnie. Cudownie, prawda? Tylko trzy dni tortury, a potem błogi spokój - pozorny. Jeżeli teraz sięgnęłabym po słodki smakołyk, to poruszyłabym lawinę. Po pierwszym batoniku przyszedłby cukierek (bo co to za różnica, jeżeli do 300kcal dodam 50), po cukierku byłaby kawa z cukrem, a potem ciasto (bo przecież skoro mam okazję wypić pyszną kawę, to trzeba uhonorować ją deserem). Na drugi dzień odczuwałabym tak niesamowitą potrzebę zjedzenia czegoś słodkiego, że na 80% sięgnęłabym po łakocie. Dlaczego 80%? Bo udało mi się skosztować pączka zrobionego przez moją babcię i nie sięgnąć na drugi dzień po słodycze. Nie było to dla mnie łatwe. Odczuwałam potem tak silną potrzebę wchłonięcia cukru, że wiem już, iż nie mogę sobie pozwalać nawet na najmniejsze uchybienia w diecie.
Wspominałam wcześniej o rutynie. Dlaczego wywołuje u mnie niechęć? Przyzwyczajenie zabija w nas czujność, uważamy, że skoro wygraliśmy bitwę ze smakołykami, to jesteśmy też zwycięzcami wojny. Nic bardziej mylnego. Kiedy dopuścimy do siebie cukierka (nawet po roku ograniczania się), potem przyjdzie ochota na kolejny, pula kalorii będzie stopniowo wzrastać, nasze komórki tłuszczowe ucieszą się z dostarczania im pożywienia do rośnięcia i zanim się spostrzeżemy, dopadnie nas efekt jojo. Spodnie staną się za ciasne, buzia będzie wyglądała inaczej, na bokach pojawią się wałeczki, ciało stanie się miękkie i poduszeczkowate... Krótko mówiąc - wszystko pójdzie w diabły. Oczywiste jest to, że nie da się absolutnie odseparować od smakołyków, trzeba jednak pamiętać o umiarze i o tym, do czego niewinna czekoladka potrafi doprowadzić pięknego człowieka - bo przecież w każdym z nas tkwi uroda, czasem trzeba po prostu zrzucić z siebie płaszcz z tłuszczu, by ją dostrzec. Tyle na dzisiaj, pozdrawiam!
Zdjęcie pochodzi ze strony:
http://speedbumpkitchen.com/
Muszę przyznać, że deser wygląda wspaniale ;)
Znam to uczucie doskonale. Zawsze kiedy zaczynałam dietę, w której nie mogłam sobie pozwolić na coś słodkiego przez 2 pierwsze dni przeżywałam katusze. Byłam tak zasłodzona, że z braku cukru bolała mnie głowa i wszystko denerwowało. Mam jednak nadzieje, że ten etap już za mną.
OdpowiedzUsuń